wtorek, 24 czerwca 2014

Nowy ulubiony olejek :)

Staram się być oszczędna, jednak jeśli już się przechadzam sklepowymi alejkami w Naturze, Rossmannie czy Hebe... tracę głowę :) Zazwyczaj jest tak, że z chęcią oglądam wszystkie nowości, a ostatecznie odkładam je na półkę, jednak jak zobaczyłam olejki Loton, nie mogłam się oprzeć i postanowiłam, że jeden z nich przygarnę.

Do wyboru miałam następujące wersje: makadamia, arganową i kokosową. Za olejem arganowym średnio ostatnio przepadam, myślałam więc o kokosie i makadamii. W końcu zdecydowałam się na ten pierwszy produkt, kierując się (złudną :( ) nadzieją, iż pachnie on wiórkami. Albo mleczkiem kokosowym.


Jak się domyślacie, olejek nie pachnie kokosem. Tzn. może i jest tam jakaś kokosowa nuta, dla mnie to jednak słodki, sztuczny zapach, który mógłby być wonią gumy balonowej. Czyli: pachnie w sumie przyjemnie, ale liczyłam na coś innego. Konsystencja oleista, jak to w przypadku mieszaniny olejów. Podobno to wersja tężeje w niższych temperaturach, ale u mnie w pokoju jest cały czas płynna.

No i tak... widać, że olejek coś tam na (moich) włosach robi. Później wystarczy umyć włosy szamponem i mogłabym pominąć odżywkę czy maskę. Przynajmniej teoretycznie, bo nie wiem, jak mogłoby się to skończyć dla moich włosów na dłuższą metę :) Opakowanie produktu jest bardzo wygodne, plastikowa buteleczka (moja w ogóle nie jest tłusta, wystarczy ją lekko przechylić, by nić na nią nie skapnęło :) ), bardzo dobry, niezacinający się dozownik. Nie pamiętam, ile olejek kosztował w Naturze, ale wiem, że w porównaniu z olejkiem Bielendy (o którym myślałam) był tańszy.

Skład: Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Parfum, Tocopheryl Acetate

Mamy tutaj więc olej kokosowy, słonecznikowy, witaminę E. Może zapychać.

Jeśli ktoś lubi olej kokosowy i olej słonecznikowy, a istotne jest też dla niego wygodne opakowanie to serdecznie polecam. Chociaż wydaje mi się, iż osobom o wrażliwym powonieniu może przeszkadzać intensywny, słodki zapach olejku. Ja już po zakupach znalazłam ciekawe porównanie trzech wersji na blogu Magia Sióstr: recenzja

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

3 produkty, które mnie zaskoczyły


Jak dało się zauważyć, mimo mojego cichego postanowienia, iż częściej będę dawać upust swojej grafomanii, nie odwiedzałam bloga przez jakiś czas. Nie udało mi się też przetestować wielu produktów, właściwie, to przez ostatnie miesiące wypróbowałam tylko 3 nowe kosmetyki do włosów. Dwa z nich z pewnością jeszcze kupię, natomiast jeden z początku zdobył moje uznanie, później natomiast okazało się, że dał moim włosom w kość. Chociaż nie mają kości. Ale o tym za chwilę.

Pierwszy kosmetyk to szampon. Jak już zapewne wiecie, nie mam zbyt emocjonalnego stosunku do szamponów. Moja skóra jest normalna, w kierunku przetłuszczającej się, Sodium Laureth Sulfate nie przesusza jej ani nie podrażnia. Mocniejszy detergent jest u mnie konieczny, bez niego funduję sobie smalec i wzmożone wypadanie włosów. Tak czy inaczej, mogę bez problemu kupować większość drogeryjnych szamponów, co jest bardzo komfortowe. Jakiś czas temu kupiłam przez przypadek szampon, z którego byłam BARDZO zadowolona, mogłam myć włosy co 3 dni (u mnie 2 to norma) i okazał się niezwykle wydajny. Co to za cudo?





Schauma 7 ziół, niepozorny kosmetyk (nie jestem fanką tej marki), w niezbyt zachęcającym opakowaniu. Kupiłam go bo była promocja w Rossmannie, przy pierwszym użyciu zachwytu nie było (zapach przeciętny, chemiczno-ziołowy), natomiast po jakimś czasie zauważyłam, że włosy na dłużej pozostają świeże i puszyste. Nawet na upartego mogłabym po nim nie stosować odżywki- szampon nie plątał i nie wysuszał włosów. U nasady- włosów na długości nie myję zbyt często szamponem ;) Tak czy inaczej, dla mnie było to zupełnym zaskoczeniem, żaden inny szampon Schaumy nie przypadł mi do gustu tak bardzo.


Następne zaskoczenie- maska Alterra z granatem i aloesem. Jest to jeden z najbardziej znanych kosmetyków w blogosferze. Ja przez długi czas nie mogłam się jakoś do jego kupna przekonać ze względu na alkohol wysoko w składzie. W końcu jednak się przemogłam i już pierwsze użycie mnie zachwyciło: włosy były bardzo sypkie. Po jakimś czasie jednak zauważyłam, że moje włosy mają się dużo gorzej. Zaczęły się koszmarnie rozdwajać, jak nigdy. Powoli odstawiałam wszystkie kosmetyki, które mogły się do tego przyczynić. Tylko o masce Alterry nie pomyślałam. Niestety, jestem teraz pewna, że to ona przyczyniła się do przesuszenia moich włosów. Długo zastanawiałam się nad tym, co o niej napisać, wiem, że wiele osób jest tą maską zachwyconych. Ja na alkohol gdzieś w połowie składu lub dalej nie jestem przeczulona, ale okazało się, że jego większa ilość w kosmetyku nakładanym na długość włosów jest dla nich zabójcza. Było to przykre rozczarowanie, włosy wyglądały tak, jak po paru sesjach z solidną dawką lakieru.




Włosy (poza podcinaniem) ratowałam słynną maską Bioetika, której fanką jestem od paru ładnych lat. Żeby jednak włosy miały jakąś odmianę, zdecydowałam się na produkt marki, z którą wcześniej nie miałam styczności. Maska Syoss Repair Therapy została przeze mnie wybrana przez przypadek, na początku miałam zamiar kupić maskę Garnier Fructis. Ma słodki, chemiczny zapach, budyniową konsystencję, za słoiczek 200 ml zapłaciłam niecałe 20 zł, czyli nie jest to produkt szczególnie tani, ale chociaż wydajny. 





Ta maska była absolutnym strzałem w 10. Moje włosy niełatwo jest obciążyć, więc mogę spokojnie celować w kosmetyki do włosów suchych i zniszczonych, ale i tak byłam zdumiona, że nawet przy stosowaniu co mycie (moje włosy naprawdę tego wymagały... :( )włosy nie były obciążone, za to bardzo łatwo się rozczesywały i były w miarę śliskie, nawilżone, mocniejsze. Nie spodziewałam się, że będę aż tak zadowolona z maski Syoss. Nie jest za bardzo treściwa, ale też nie jest za słaba jak na maskę. Włosy w miarę wróciły do siebie, chociaż mam dalej problem z końcówkami tam, gdzie nie są równo obcięte.

A teraz następujące wnioski:
- czasami kosmetyk, który wydaje nam się składowo przeciętny okazuje się idealny dla naszych włosów/ skóry głowy
- alkohol w moim przypadku jest wybitnie niewskazany, o ile jest w dużej ilości i nakładany na długość włosów

Do szamponu Schauma i maski Syoss z pewnością wrócę, chociaż lubię pięknie pachnące kosmetyki, a te mają woń zupełnie przeciętną. Kto wie, może wypróbuję również inne kosmetyki Syoss, na razie na moich włosach gościła jedynie maska i fluid (ten w złotym opakowaniu). Ale o fluidzie innym razem...

niedziela, 23 lutego 2014

Bejbiki


Witam Was serdecznie.

Liczyłam na to, iż uda mi się tutaj wstawić jakąś aktualizację włosową, ale... okazało się, że moje włosy mają się coraz gorzej i gorzej, no i w związku z tym musiałam najpierw dowiedzieć się co im dolega.

Woda w moim kranie to jakiś koszmar, a z różnych powodów nie możemy w łazience zamontować filtru. Cierpią na tym włosy i skóra- czasami płatami odchodzi mi z dłoni, z którymi nigdy nie miałam problemu. Tak czy inaczej, przy takiej wodzie ciężko mieć ładne włosy, chociaż jak są niesamowicie miękkie gdy wyjeżdżam tam, gdzie i woda jest miękka to też ciężko mi nad nimi zapanować. No po prostu nie dogodzisz ;) Okazało się, że na jakiś czas muszę zamienić odżywkę na maskę, a po myciu nakładać bardziej treściwą odżywkę bez spłukiwania. Nie robiłam nawet ostatnio zdjęć, w sumie, to nie ma się za bardzo czym chwalić, wg mnie- bywało lepiej, chociaż z nową pielęgnacją jest coraz lepiej. W lutym pozbyłam się w sumie ok. 5 cm włosów.


Co ciekawe, włosy znowu zaczynają delikatnie falować... na długości. Te przy czole się kręcą. Czegoś takiego to już daaawno u siebie nie widziałam. A teraz pokażę Wam, jak wyglądają moje bejbiki. Z jednej strony, cieszę się, że po wcierkach włosy odrastają. Z drugiej- bejbików często nie jestem w stanie poskromić na więcej, niż parę godzin. Mimo, iż w ruch czasem idzie zarówno żel, jak i lakier.



Czy ktoś jeszcze ma takie długie, szalone bejbiki, które koniecznie chcą odstawać? Jak sobie z nimi radzicie? Ja czasami, poza żelem Artiste i lakierem (teraz używam L'Oreal Professionnel, ale tylko po to, żeby go zużyć) muszę używać spinek, bo bejbiki znowu zaczynają się kręcić.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Jedwabna Kuracja Marion

Czy Wy też nie możecie się zmotywować w nowym roku i pierwsza połowa stycznia minęła Wam wyjątkowo leniwie? U mnie tak właśnie się stało ;)

Odkryłam, co spowodowało, że byłam ostatnio BARDZO zadowolona ze swoich włosów (poza końcówkami, których nie mam serca radykalnie obciąć ;( )- jedwabna kuracja w spreju firmy Marion. Z kosmetykami Marion lubię się od dawna, wolę je od tych joannowych. Ale ekspertką żadną nie jestem, nie przetestowałam wszystkich produktów, a jedynie niewielką ich część. Tak czy inaczej, jeśli chodzi o odżywki, zdecydowanie wolę Marion, natomiast mam sentyment do szamponów Joanny (poza tym fioletowym, dla mnie jest okropny chociaż wiem, że dużo farbowanych blondynek go lubi).

Moja mama jakiś czas temu dostała wspomnianą jedwabną kurację. U nas większość kosmetyków do włosów jest wspólna, więc i tę odżywkę zdecydowałam się wypróbować. Zazwyczaj po zmyciu maski/ odżywki nakładam coś bez spłukiwania w spreju, a dopiero później rozczesuję włosy i nakładam jakieś serum na końcówki. I oto moje przemyślenia związane z odżywką Marion:

- włosy łatwiej się rozczesują, chociaż bez przesady, pod tym względem znam lepsze produkty
- przyjemny, nienachalny zapach
- po wyschnięciu włosy są niesamowicie miękkie, puszyste (ale nie spuszone), sypkie, po prostu jak włosy u dziecka!
- minusem jest to, że są lekkie i niedociążone, latają na wszystkie strony, ale u siebie nie zauważyłam elektryzowania się, chociaż mnie się ono raczej nie zdarza
- niska cena produktu (dla mnie to ważny czynnik :P )
- kosmetyk z pewnością nie dla osób unikających "oblepiaczy"


Z rozpędu kupiłam sprej termoochronny tej samej firmy, ale nie działa on już tak dobrze i bardzo męczy mnie jego zapach :( A odżywkę jedwabną zamierzam sobie kupić, bo dla mnie jest po prostu rewelacyjna. Moja siostra ma bardzo podobne odczucia, chociaż jej włosy są zupełnie inne, niż moje. Poza sprejem termoochronnym kupiłam również opisywaną już jakiś czas temu odżywkę Garnier Fructis Volume Restructure i sprej dodający włosom objętości firmy Marion.



Skład Jedwabnej Kuracji Marion:
Aqua, Trimethylsilylamodimethicone (and) C11-15 Pareth-5 (and) C-11-15 Pareth-9, Glycerin, Polyquaternium-22, Propylene Glycol, Cetrimonium Chloride, Peg-12 Dimethicone, Coceth-7 (and) PPG-1- PEG-9 Lauryl Glycol Ether (and) PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Hydrolyzed Silk, Panthenol, Parfum, Tetrasodium EDTA, Citric Acid, Triethanolamine, Phenoxyethanol (and) Ethylhexylglicerin, Methylisothiazolinone

niedziela, 29 grudnia 2013

Alfaparf Evolution Cube 11.21

Mam nadzieję, że Święta upłynęły Wam w serdecznej, radosnej atmosferze. Ja się rozchorowałam, ale i tak bardzo ciepło wspominam wieczerzę wigilijną z moją rodziną, za to następne dni w sumie spędziłam w łóżku.

Choroba chorobą, ale odrosty trzeba było w końcu ufarbować i w końcu przetestowałam wspomnianą wcześniej przeze mnie farbę Alfaparf 11.21, czyli odcień perłowo-popielaty. Od razu przyznam, że jednak chyba wolałabym odcień popielaty bez perły, ale nie oznacza to, iż zmienię odcień. Wszystko zależy od tego, jak będzie się on w miarę upływu czasu "zachowywał" na włosach. Zdjęcia były zrobione po drugim myciu (tuż po wysuszeniu, więc są dosyć niesforne), w pochmurny dzień.

Wcześniej używałam farby Garnier Color Naturals 111, czyli odcień popielaty. Ten produkt ma sporo zalet- jest w miarę delikatny, ale jednocześnie nieźle rozjaśnia (chociaż u mnie nie do końca idealnie, ale żeby mieć idealny blond musiałabym używać wody 12%, a wolę nie, bo mam cienkie i delikatne włosy), ma piękny (według mnie) odcień, łatwo ją dostać i jest niedroga. Minus- po 3 tygodniach lubi rudzieć lub żółknąć.

Alfaparf jest znaną wśród farbowanych blondynek farbą, na blogu Blond Bunny można zobaczyć, jak pięknie użyty przeze mnie odcień wyszedł na włosach innych dziewczyn (KLIK). A jakie są moje wrażenia?
+ farba jest w małej tubce, ale po wymieszaniu jej w wodą utlenioną (ja użyłam 9%) w proporcji 1:2 wyszło mi wystarczająco dużo mieszanki już przy 1/4 tubki, czyli 20ml farby. A byłam pewna, że będę musiała jeszcze dorobić trochę mieszanki, ale było "na styk". Przy takim użytkowaniu tubka farby (ja ją kupiłam stacjonarnie za 34 zł) wystarczy mi na 4 razy, czyli drogo taka zabawa nie wychodzi
+ nie czuć oparów amoniaku, farba ma delikatny, niedrażniący zapach
+ nie było u mnie w ogóle efektu szarego mopa, ale nie przeciągałam farby po długości
+ włosy po spłukaniu farby były niesamowicie miękkie, jak po odżywce a nie środku do koloryzacji. Aż nie mogłam przestać dotykać włosów u nasady ;)
+/- włosy nie są bardzo mocno rozjaśnione, farba ma podobną moc do Garnierowskiej 111, za to kolor jest bardzo lśniący

To, co wywarło na mnie największe wrażenie to jakość farby. Garnier, z którego byłam w sumie zadowolona (bo naprawdę nie jest zły, poza tym żółknięciem), nie stanowi dla Alfy znaczącej konkurencji pod tym względem- takie jest moje odczucie. I nie chodzi tutaj tylko o sam kolor, ale o komfort używania i o stan włosów. Raczej nieprędko zrezygnuję z Alfaparfu ;)





Aha, serum Elseve bardzo przypadło mi do gustu, przypomina mi olejek Marion z olejem arganowym. Mają podobną konsystencję i przyjemny, delikatny zapach.To był bardzo dobry zakup :)

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Nowe serum :)

Jako, że kończy mi się jedwab CHI i trafiłam na promocję w Rossmannie, w moim domu zawitało serum Elseve (to bez alkoholu na początku składu). Kosztuje niecałe 20 zł za 100 ml, co wydało mi się w miarę kuszącą ceną. Jak już go zacznę używać, podzielę się z Wami swoimi spostrzeżeniami. Akurat tego typu kosmetykami moje włosy bardzo łatwo obciążyć, więc może inne cienkowłose będą miały z mojej opinii jakiś pożytek.
A czy Wy sprawiłyście sobie jakiś włosowy prezent na Święta?

Ja w tym roku jestem wyjątkowo pozytywnie nastawiona do Świąt, szkoda tylko, że rozłożyła mnie jakaś grypa czy inne paskudztwo. Bardzo bym się chciała do jutra pozbierać, móc śpiewać kolędy i w pełni rozkoszować się smakiem wigilijnych potraw (no dobra, przede wszystkim zupy grzybowej, za innymi nie przepadam :P).

zdjęcie można powiększyć ;)
EDIT: Serum L'Oreal przypomina mi olejek Marion (też silikonowe serum z dodatkiem oleju arganowego). Jest lekkie, jak na tego typu produkt, ma dosyć delikatny, słodki zapach, na moje włosy wystarczają dwie pompki, ale na niezbyt gęste włosy do ramion jedna to już pewnie będzie za dużo :) Bardzo lubię olejek Marion, ale muszę przyznać, że Elseve jest świetnym dla niego zamiennikiem, szczególnie, gdy można go kupić w promocyjnej cenie. Jeśli lubicie tego typu produkty i nie jesteście uprzedzone do koncernu L'Oreal- myślę, że warto sięgnąć po ten kosmetyk.

niedziela, 15 grudnia 2013

Dove Nourishing Oil Care

Nigdy nie ukrywałam, że nie przepadam za kosmetykami Dove. Szczególnie szampony zawsze były dla moich włosów za ciężkie. Ale to się zmieniło, odkąd moja siostra kupiła szampon oraz odżywkę z olejowej serii. Przetestowałam i byłam zachwycona. Od razu muszę napisać, iż szampon z tej serii nie jest idealny dla moich włosów i skóry głowy, ale go używam co jakiś czas i bardzo go sobie chwalę.

Produkty z serii z olejami zawierają tłuszcz kokosowy, ze słodkich migdałów i arganowy. O ile nie jestem wielką fanką olejów w maskach, odżywkach i szamponach, to akurat skład szamponu i odżywki Dove nie robi tego, co większość kosmetyków "olejowych", po których mam matowy susz. Oczywiście, mocno uogólniam (maska olejowa Biovax bardzo mi odpowiadała), ale tak się jakoś złożyło, że to, co jest mocniej naładowane olejami w ogóle mi nie służy. Poza czystymi olejami ;)

zdjęcie można powiększyć

Szampon jest ciekawy, ciężki, ale nie mam po nim tłustych włosów. Gdy go stosuję wiele razy pod rząd mam uczucie niedomycia i przeciążenia, lecz wystarczy, że co jakiś czas użyję czegoś mocniej myjącego. Skład jest w sumie standardowy, ale reszta składników tego "myjadła" sprawia, że jest ono w miarę łagodne. Nie oznacza to, że osoby ze skórą głowy skłonną do podrażnień będą zadowolone z tego produktu- z pewnością jest w nim tysiąc pięćset rzeczy, które mogą podrażnić. Moja skóra akurat skłonna do podrażnień nie jest, więc sobie mogę szampony testować do woli :D

Powiem tak, niezmiernie rzadko się zdarza, żebym po samym szamponie miała włosy niewymagające zastosowania odżywki. Po Dove mogłabym sobie odpuścić w sumie nawilżanie, włosy są wystarczająco obciążone, wygładzone, miękkie. A jak do tego nałożę odżywkę z tej samej serii to jestem po prostu zachwycona. Oczywiście, raz mniej, raz bardziej, ale mogę śmiało powiedzieć, że olejowa linia Dove jest jedną z moich ulubionych. Chętnie wypróbowałabym również maskę z tej serii. Z szamponem i odżywką lubię się już trzeci miesiąc i na razie nie kusi mnie by zmienić kosmetyki.

Ostatnio kupiłam dla kogoś farbę Alfaparf 11.21, ale okazało się, że niepotrzebnie. Teraz zastanawiam się, czym farbować: Garnierem Color Naturals 111 (mam jeszcze jedno opakowanie), czy też wypróbować słynną Alfę. Kolor po Garnierze niezmiernie mi się podoba, ale jednak na odroście nieco żółknie :/  Jeśli się zdecyduję na Alfę, dam Wam znać, jak wyszło, ale będzie to pewnie dopiero w okolicach Nowego Roku.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...