piątek, 6 lutego 2015

Za co wielbię kozieradkę?

Do kozieradki podchodziłam bardzo sceptycznie, nie przeczę. W końcu się na nią zdecydowałam, bo Loxon zaczął mnie podrażniać. Spodziewałam się wzmożonego wypadania, ale... okazało się, że po kuracji kozieradką wyrosło mi naprawdę sporo bejbików tam, gdzie niecałe 2 lata temu spostrzegłam łysy placek, no, może nie łysy- z delikatnym meszkiem. Mój ukochany Jantar nie poradził sobie z tym miejscem, Loxon całkiem nieźle, ale szał jest dopiero po kozieradce.

Jak stosuję kozieradkę?
Dwie solidne łyżeczki zmielonej kozieradki (swoją zamówiłam na DOZie) zalewam wrzątkiem (mniej-więcej 3/4 kubka). Odstawiam na parę godzin, przelewam (tylko to, co jest zupełnie płynne) do butelki z atmizerem. Na blogu Kascysko, znanej chyba wszystkim w blogosferze, przepis jest nieco inny: KLIK.

Myję włosy co 2 dni, kozieradkę wcieram zazwyczaj wieczorem drugiego dnia (tak, wiem, wiele osób uważa, że nie powinno się nic wmasowywać w brudną głowę ;) ). Mój masaż trwa ok 4-5 minut i najbardziej skupiam się na skroniach, gdzie pojawiło się najbardziej niepokojące wypadanie. Wg mnie dobry masaż jest niezbędny jeśli chcemy wykorzystać potencjał kosmetyku, więc nie traktuję tej części "rytuału" po macoszemu. 

Następnego dnia rano myję głowę, po czym używam odżywkę do głowy Jantar. Dlaczego? Skóra po kozieradce jest nieco ściągnięta, a Jantar w moim przypadku ma przyjemne, kojące działanie. Możliwe, że działa na mnie stosowanie zamiennie dwóch produktów, któż to wie? Jantar czasami sobie odpuszczam, natomiast jeśli chodzi o kozieradkę- robię przerwy (zazwyczaj 1 tydzień po 3 tygodniach kuracji).

Wiem, że jestem szczęściarą, na którą działają różne dziwne kosmetyki (Jantar, Neril, nawet Vatika lekko przyspieszała porost, ale nie mogę jej już stosować na skórę głowy), za to ze skroniami (szczególnie prawą) miałam większy problem. Kozieradka bardzo ładnie z tym sobie poradziła, a bałam się, że przy moich wiecznych problemach hormonalnych nie da sobie rady. Włosy mniej wypadają, odrastają nowe, porost jest lekko przyspieszony, nie zauważyłam za to wpływu na tempo przetłuszczania się włosów.

Ten "loczek" widoczny na dwóch pierwszych zdjęciach to efekt kozieradki (włosy na zdjęciach są jeszcze nieco wilgotne). 




środa, 28 stycznia 2015

Londa 17 Jasny blond

Witajcie :)

Tak, tak, miałam nie farbować, a tymczasem to już moje drugie spotkanie z farbą Londy. Nie tknęłam jednak odrostu, a samo farbowanie miało na celu zmniejszenie kontrastu między odrostem a rozjaśnianymi wcześniej włosami. O "siedemnastce" przeczytałam niegdyś u Blond Bunny: KLIK.
Kiedy planowałam lekkie przyciemnienie włosów postanowiłam najpierw u Bunny poszukać inspiracji. I znalazłam Londę :)



Dlaczego jasny blond (poziom 8.), a nie średni blond (poziom 7.)?

Kiedy poprzednim razem zdecydowałam się na przyciemnianie włosów, wybrałam najpierw L'Oreal Cannes 8.3. Byłam zadowolona, chociaż jednak złote odcienie nie są dla mnie. Później sięgnęłam po farbę w odcieniu średniego blondu i... to był błąd. Moje włosy nie są może w odcieniu fryzjerskiego jasnego blondu, ale są jaśniejsze, niż średni blond i odkryłam, że lepiej czuję się w lekko jaśniejszym odcieniu na długości chociażby z tego względu, że moje naturalne włosy też nieco się zawsze rozjaśniały pod wpływem słońca i były jaśniejsze na długości i końcach niż u nasady.


mój aparat bardzo lubi ocieplać kolory, nawet mój odrost jest lekko ciepły ;)


Farbowanie

Tutaj sobie trochę strzeliłam w kolano, bo uparłam się, że farba ma oksydant 6% i nie chciało mi się go zmieniać. Dopiero później doczytałam, że jednak 9%. Chyba byłam w amoku, jak farbowałam. Do tego oksydant dołączony do farby jest niesamowicie wodnisty, lepiej było go zamienić na inny ;) Sama farba nie śmierdzi jakoś okrutnie amoniakiem, za to włosy po farbowaniu były przesuszone (ale też przy takim oksydancie... sama się prosiłam), końcówki będę musiała podciąć.

tutaj widać, że przy niektórych rodzajach oświetlenia odrost był niewidoczny :)


Kolor

Farba świetnie nadaje się do ochładzania zbyt ciepłego koloru, chociaż niektóre osoby chyba skarżyły się, że wypłukuje się na ciepło. Prędzej bałabym się lekkiego glona- u mnie kolor został znacznie ochłodzony, przy czym bliżej odrostu (tam gdzie włosy były bardziej rudawe, niż żółtawe ;) ) był beżowy, na długości- popielaty. Po farbowaniu był jednak, ogólnie rzecz biorąc, piaskowy i strasznie się nim zachwycałam. Teraz kolor już się trochę wypłukał, ale nadal jestem zadowolona, za jakiś czas znowu sięgnę po tę farbę, tylko tym razem zmienię oksydant.

Niestety, uważam, że osoby z bardzo wytrawionymi włosami powinny uważać na tę farbę, bo mogą mieć na głowie piękny, oliwkowy kolor ;). Jeśli ktoś jest jednak tak żądny przygód jak ja, może spróbować :D

wiem, wiem, do podcięcia ;)


Co dalej z zapuszczaniem?

Odrosty, oczywiście, widać, ale nie przeszkadzają. Teraz jest zima, więc są one tak ciemne, jak tylko mogą być ;) Cieszę się, że użyłam Londy chociażby dlatego, że moje włosy zaczęły się już robić żółte, a nie znoszę fioletowych szamponów i płukanek, mam po nich okrutne siano.

A czy może ktoś z Was się orientuje, gdzie w Warszawie można niedrogo obciąć końcówki za pomocą maszynki? Nie jestem przekonana do tej metody, ale chciałabym spróbować :)

niedziela, 28 grudnia 2014

Moje włosowe hity i kity roku 2014

Witam Was serdecznie po dłuuugiej przerwie. Kończący się już niedługo rok nie był dla moich włosów szczególnie łaskawy, za to w listopadzie udało mi się w końcu znaleźć pielęgnację, która mi (póki co ;) ) zdecydowanie służy. A oto moje małe podsumowanie:

1. W tym roku obcięłam około 20 cm włosów. O problemach z końcówkami pisałam już wcześniej, do tego doszło wzmożone wypadanie (z cerą też nie było najlepiej przez jakiś czas). Do tego zaczynam się zastanawiać, czy długość do pasa nie jest dla moich włosów maksymalną, przy której jestem w stanie mieć gęste końcówki. Zostało mi do podcięcia jeszcze ok. 15- 20 cm. Plus jest taki, że włosy zaczynają się zagęszczać, ale zanim będą gęste na długości minie jeszcze sporo czasu. 

2. W związku z wypadaniem wypróbowałam słynną kozieradkę. Mniejsze wypadanie, brak przyspieszenia porostu, brak podrażnienia skóry głowy- taki jest efekt u mnie. Póki co, kurację oceniam pozytywnie, zamierzam ją kontynuować. Zapach kozieradki jest dla mnie przyjemny.


3. Od jakiegoś czasu zaczęłam źle reagować na farbę, dostawałam wysypki i puchłam. O ile farbując innych jestem w stanie uniknąć kontaktu z farbą, o tyle farbując swoje włosy- już mniej. W końcu zdecydowałam, że przez jakiś czas spróbuję nie farbować włosów i zobaczę co z tego wyjdzie. Inspiracją dla mnie stały się włosy Natalii z BlondHairCare. Nie ukrywam, że nieco szkoda mi mojego jasnego blondu, który bardzo lubiłam i w którym świetnie się czułam, ale jestem podekscytowana tym, co mam teraz na głowie. Niestety, włosy na zdjęciach nie prezentują się najlepiej, szczególnie przy fleszu, który bardzo uwydatnia kontrast między kolorami. Za to zdążyłam wypróbować żel Casting Sunkiss, do którego może kiedyś wrócę  :) Tym razem nie zdecydowałam się przyciemniać włosów na całości, bo jednak ciemne blondy wychodzą u mnie za ciemne, no i nie chcę znowu rozjaśniać włosów, jeśli zdecyduję się na powrót do jasnego blondu.


4. Moje włosy pod względem kształtu wróciły do stanu sprzed lat: są prawie proste, chociaż średnio podatne na kręcenie lub prostowanie. Lubiłam swoje fale, ale posiadanie prawie prostych włosów jest całkiem praktyczne.



Używane ostatnio kosmetyki:


Szampon Batiste XXL. O ile wersja tropikalna bardzo przypadła mi do gustu, po XXL moje włosy są jak guma, wyglądają brudno i niechlujnie, są też przesuszone. Zamierzam wrócić do szamponu tropikalnego. Zdecydowanie do niego nie wrócę.







Olejek awokado Bielendy. Wzięłam go ze sobą na wyjazd wakacyjny, bo myślałam, że olejek z atomizerem to dobry pomysł. Niestety, okazało się, że sam olejek nie nadaje się ani do mojej skóry, ani do włosów. Owszem, zostawia on tłustą warstwę, ale mam uczucie jeszcze większego przesuszenia, niż przed jego użyciem. Plusem jest opakowanie i intensywny, owocowy zapach (arbuz?). W porównaniu z olejkiem kokosowym Loton- dla mnie fatalny.




Szampon Timotei do włosów normalnych. Jeśli chodzi o szampony to moje wymagania są niewielkie. Mają myć, nie plątać zanadto włosów i nie podrażniać skóry. Niestety, mojej skóry głowy ten szampon po prostu nie domywa, za to plącze mi włosy. Zadowolona z niego była za to moja mama, która ma bardzo suchą skórę głowy. 





Maska Fructis Color Resist. Na wakacjach zależało mi na kosmetyku z filtrem UV, stąd taki a nie inny wybór. Bardzo lubię kosmetyki Garnier Fructis, ale ta maska ani nie nawilżała, ani nie ułatwiała znacząco rozczesywania włosów... to chyba najgorszy kosmetyk tej marki, jaki miałam na swoich włosach :(





Syoss Restore 3 in 1 Turnaround Miracle. Fluid regeneracyjny. Kosmetyk, którego możemy używać zamiast oleju, przed myciem  lub zamiast zwykłej maski/odżywki. W ten drugiej roli kosmetyk ten nie przypadł mi za bardzo do gustu, ale jako alternatywa dla olejowania wypadł świetnie. Osoby, które nie lubią oleistych substancji mogą wypróbować ten fluid Syossa. Nie wiem jeszcze, czy do niego wrócę, bo bardzo lubię oleje, ale z samego produktu byłam bardzo zadowolona.



Maska keratynowa Kallos. Mój absolutny hit :) Bardzo ułatwia mi rozczesywanie włosów, ma przyjemny (chociaż dosyć męski, przynajmniej jak dla mnie) zapach, jest tania. Włosy po jej zastosowaniu są gładsze, miękkie, nawilżone. To już moje drugie duże opakowanie, kupiłam też wersję do włosów farbowanych, ale nie wydaje mi się, że pokocham ją równie mocno ;) To mój absolutny hit mijającego roku.




Casting Sunkiss. Na swoich włosach wypróbowałam ten z numerem 01, który nadaje się także dla szatynek. Do tego kosmetyku podeszłam bardzo ostrożnie, bałam się, że zniszczę włosy. Zależało mi jednak na tym, by w miarę łagodnie przejść od farby do włosów naturalnych. Żel nakładałam tylko na odrost. Tam, gdzie moje włosy są z natury bardziej delikatne i łatwiej się rozjaśniają od słońca, efekt był bardzo intensywny, włosy rozjaśniły się po 3 użyciach jak po zastosowaniu farby. Żel jest łatwy w użyciu, ma przyjemny, delikatny zapach. Być może jeszcze do niego wrócę, jak dla mnie to fajny kosmetyk dla osoby, która lubi rozjaśnione przez słońce kosmyki.
Efekt rozjaśniania jest trwały, możemy spodziewać się odrostu. Kosmetyk jest przeznaczony do włosów naturalnych- farbowane też pewnie rozjaśni, ale czy efekt będzie ładny- tego nikt nam nie zagwarantuje. A oto moje włosy po Sunkissie:



mój aparat lubi bardzo ocieplać barwy ;)

Na koniec mój kolejny faworyt, którego zdjęcia, niestety, nie mam: olej z pestek dyni. Jeden z lepszych (i do tego smaczniejszych) olejów, jakie miałam okazję wypróbować. Włosy są po nim bardzo mięsiste, mogłabym nawet nie nakładać na nie maski/odżywki. Minusem jest jego ciemnozielony kolor- jasne blondynki mogą zauważyć u siebie lekką zmianę koloru. U mnie to jednak nie nastąpiło. Teraz z pewnością wrócę do Vatiki kokosowej, ale olej z pestek dyni pewnie niebawem znów się u mnie pojawi. 

Życzę Wam udanego Sylwestra :)


wtorek, 24 czerwca 2014

Nowy ulubiony olejek :)

Staram się być oszczędna, jednak jeśli już się przechadzam sklepowymi alejkami w Naturze, Rossmannie czy Hebe... tracę głowę :) Zazwyczaj jest tak, że z chęcią oglądam wszystkie nowości, a ostatecznie odkładam je na półkę, jednak jak zobaczyłam olejki Loton, nie mogłam się oprzeć i postanowiłam, że jeden z nich przygarnę.

Do wyboru miałam następujące wersje: makadamia, arganową i kokosową. Za olejem arganowym średnio ostatnio przepadam, myślałam więc o kokosie i makadamii. W końcu zdecydowałam się na ten pierwszy produkt, kierując się (złudną :( ) nadzieją, iż pachnie on wiórkami. Albo mleczkiem kokosowym.


Jak się domyślacie, olejek nie pachnie kokosem. Tzn. może i jest tam jakaś kokosowa nuta, dla mnie to jednak słodki, sztuczny zapach, który mógłby być wonią gumy balonowej. Czyli: pachnie w sumie przyjemnie, ale liczyłam na coś innego. Konsystencja oleista, jak to w przypadku mieszaniny olejów. Podobno to wersja tężeje w niższych temperaturach, ale u mnie w pokoju jest cały czas płynna.

No i tak... widać, że olejek coś tam na (moich) włosach robi. Później wystarczy umyć włosy szamponem i mogłabym pominąć odżywkę czy maskę. Przynajmniej teoretycznie, bo nie wiem, jak mogłoby się to skończyć dla moich włosów na dłuższą metę :) Opakowanie produktu jest bardzo wygodne, plastikowa buteleczka (moja w ogóle nie jest tłusta, wystarczy ją lekko przechylić, by nić na nią nie skapnęło :) ), bardzo dobry, niezacinający się dozownik. Nie pamiętam, ile olejek kosztował w Naturze, ale wiem, że w porównaniu z olejkiem Bielendy (o którym myślałam) był tańszy.

Skład: Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Parfum, Tocopheryl Acetate

Mamy tutaj więc olej kokosowy, słonecznikowy, witaminę E. Może zapychać.

Jeśli ktoś lubi olej kokosowy i olej słonecznikowy, a istotne jest też dla niego wygodne opakowanie to serdecznie polecam. Chociaż wydaje mi się, iż osobom o wrażliwym powonieniu może przeszkadzać intensywny, słodki zapach olejku. Ja już po zakupach znalazłam ciekawe porównanie trzech wersji na blogu Magia Sióstr: recenzja

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

3 produkty, które mnie zaskoczyły


Jak dało się zauważyć, mimo mojego cichego postanowienia, iż częściej będę dawać upust swojej grafomanii, nie odwiedzałam bloga przez jakiś czas. Nie udało mi się też przetestować wielu produktów, właściwie, to przez ostatnie miesiące wypróbowałam tylko 3 nowe kosmetyki do włosów. Dwa z nich z pewnością jeszcze kupię, natomiast jeden z początku zdobył moje uznanie, później natomiast okazało się, że dał moim włosom w kość. Chociaż nie mają kości. Ale o tym za chwilę.

Pierwszy kosmetyk to szampon. Jak już zapewne wiecie, nie mam zbyt emocjonalnego stosunku do szamponów. Moja skóra jest normalna, w kierunku przetłuszczającej się, Sodium Laureth Sulfate nie przesusza jej ani nie podrażnia. Mocniejszy detergent jest u mnie konieczny, bez niego funduję sobie smalec i wzmożone wypadanie włosów. Tak czy inaczej, mogę bez problemu kupować większość drogeryjnych szamponów, co jest bardzo komfortowe. Jakiś czas temu kupiłam przez przypadek szampon, z którego byłam BARDZO zadowolona, mogłam myć włosy co 3 dni (u mnie 2 to norma) i okazał się niezwykle wydajny. Co to za cudo?





Schauma 7 ziół, niepozorny kosmetyk (nie jestem fanką tej marki), w niezbyt zachęcającym opakowaniu. Kupiłam go bo była promocja w Rossmannie, przy pierwszym użyciu zachwytu nie było (zapach przeciętny, chemiczno-ziołowy), natomiast po jakimś czasie zauważyłam, że włosy na dłużej pozostają świeże i puszyste. Nawet na upartego mogłabym po nim nie stosować odżywki- szampon nie plątał i nie wysuszał włosów. U nasady- włosów na długości nie myję zbyt często szamponem ;) Tak czy inaczej, dla mnie było to zupełnym zaskoczeniem, żaden inny szampon Schaumy nie przypadł mi do gustu tak bardzo.


Następne zaskoczenie- maska Alterra z granatem i aloesem. Jest to jeden z najbardziej znanych kosmetyków w blogosferze. Ja przez długi czas nie mogłam się jakoś do jego kupna przekonać ze względu na alkohol wysoko w składzie. W końcu jednak się przemogłam i już pierwsze użycie mnie zachwyciło: włosy były bardzo sypkie. Po jakimś czasie jednak zauważyłam, że moje włosy mają się dużo gorzej. Zaczęły się koszmarnie rozdwajać, jak nigdy. Powoli odstawiałam wszystkie kosmetyki, które mogły się do tego przyczynić. Tylko o masce Alterry nie pomyślałam. Niestety, jestem teraz pewna, że to ona przyczyniła się do przesuszenia moich włosów. Długo zastanawiałam się nad tym, co o niej napisać, wiem, że wiele osób jest tą maską zachwyconych. Ja na alkohol gdzieś w połowie składu lub dalej nie jestem przeczulona, ale okazało się, że jego większa ilość w kosmetyku nakładanym na długość włosów jest dla nich zabójcza. Było to przykre rozczarowanie, włosy wyglądały tak, jak po paru sesjach z solidną dawką lakieru.




Włosy (poza podcinaniem) ratowałam słynną maską Bioetika, której fanką jestem od paru ładnych lat. Żeby jednak włosy miały jakąś odmianę, zdecydowałam się na produkt marki, z którą wcześniej nie miałam styczności. Maska Syoss Repair Therapy została przeze mnie wybrana przez przypadek, na początku miałam zamiar kupić maskę Garnier Fructis. Ma słodki, chemiczny zapach, budyniową konsystencję, za słoiczek 200 ml zapłaciłam niecałe 20 zł, czyli nie jest to produkt szczególnie tani, ale chociaż wydajny. 





Ta maska była absolutnym strzałem w 10. Moje włosy niełatwo jest obciążyć, więc mogę spokojnie celować w kosmetyki do włosów suchych i zniszczonych, ale i tak byłam zdumiona, że nawet przy stosowaniu co mycie (moje włosy naprawdę tego wymagały... :( )włosy nie były obciążone, za to bardzo łatwo się rozczesywały i były w miarę śliskie, nawilżone, mocniejsze. Nie spodziewałam się, że będę aż tak zadowolona z maski Syoss. Nie jest za bardzo treściwa, ale też nie jest za słaba jak na maskę. Włosy w miarę wróciły do siebie, chociaż mam dalej problem z końcówkami tam, gdzie nie są równo obcięte.

A teraz następujące wnioski:
- czasami kosmetyk, który wydaje nam się składowo przeciętny okazuje się idealny dla naszych włosów/ skóry głowy
- alkohol w moim przypadku jest wybitnie niewskazany, o ile jest w dużej ilości i nakładany na długość włosów

Do szamponu Schauma i maski Syoss z pewnością wrócę, chociaż lubię pięknie pachnące kosmetyki, a te mają woń zupełnie przeciętną. Kto wie, może wypróbuję również inne kosmetyki Syoss, na razie na moich włosach gościła jedynie maska i fluid (ten w złotym opakowaniu). Ale o fluidzie innym razem...

niedziela, 23 lutego 2014

Bejbiki


Witam Was serdecznie.

Liczyłam na to, iż uda mi się tutaj wstawić jakąś aktualizację włosową, ale... okazało się, że moje włosy mają się coraz gorzej i gorzej, no i w związku z tym musiałam najpierw dowiedzieć się co im dolega.

Woda w moim kranie to jakiś koszmar, a z różnych powodów nie możemy w łazience zamontować filtru. Cierpią na tym włosy i skóra- czasami płatami odchodzi mi z dłoni, z którymi nigdy nie miałam problemu. Tak czy inaczej, przy takiej wodzie ciężko mieć ładne włosy, chociaż jak są niesamowicie miękkie gdy wyjeżdżam tam, gdzie i woda jest miękka to też ciężko mi nad nimi zapanować. No po prostu nie dogodzisz ;) Okazało się, że na jakiś czas muszę zamienić odżywkę na maskę, a po myciu nakładać bardziej treściwą odżywkę bez spłukiwania. Nie robiłam nawet ostatnio zdjęć, w sumie, to nie ma się za bardzo czym chwalić, wg mnie- bywało lepiej, chociaż z nową pielęgnacją jest coraz lepiej. W lutym pozbyłam się w sumie ok. 5 cm włosów.


Co ciekawe, włosy znowu zaczynają delikatnie falować... na długości. Te przy czole się kręcą. Czegoś takiego to już daaawno u siebie nie widziałam. A teraz pokażę Wam, jak wyglądają moje bejbiki. Z jednej strony, cieszę się, że po wcierkach włosy odrastają. Z drugiej- bejbików często nie jestem w stanie poskromić na więcej, niż parę godzin. Mimo, iż w ruch czasem idzie zarówno żel, jak i lakier.



Czy ktoś jeszcze ma takie długie, szalone bejbiki, które koniecznie chcą odstawać? Jak sobie z nimi radzicie? Ja czasami, poza żelem Artiste i lakierem (teraz używam L'Oreal Professionnel, ale tylko po to, żeby go zużyć) muszę używać spinek, bo bejbiki znowu zaczynają się kręcić.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Jedwabna Kuracja Marion

Czy Wy też nie możecie się zmotywować w nowym roku i pierwsza połowa stycznia minęła Wam wyjątkowo leniwie? U mnie tak właśnie się stało ;)

Odkryłam, co spowodowało, że byłam ostatnio BARDZO zadowolona ze swoich włosów (poza końcówkami, których nie mam serca radykalnie obciąć ;( )- jedwabna kuracja w spreju firmy Marion. Z kosmetykami Marion lubię się od dawna, wolę je od tych joannowych. Ale ekspertką żadną nie jestem, nie przetestowałam wszystkich produktów, a jedynie niewielką ich część. Tak czy inaczej, jeśli chodzi o odżywki, zdecydowanie wolę Marion, natomiast mam sentyment do szamponów Joanny (poza tym fioletowym, dla mnie jest okropny chociaż wiem, że dużo farbowanych blondynek go lubi).

Moja mama jakiś czas temu dostała wspomnianą jedwabną kurację. U nas większość kosmetyków do włosów jest wspólna, więc i tę odżywkę zdecydowałam się wypróbować. Zazwyczaj po zmyciu maski/ odżywki nakładam coś bez spłukiwania w spreju, a dopiero później rozczesuję włosy i nakładam jakieś serum na końcówki. I oto moje przemyślenia związane z odżywką Marion:

- włosy łatwiej się rozczesują, chociaż bez przesady, pod tym względem znam lepsze produkty
- przyjemny, nienachalny zapach
- po wyschnięciu włosy są niesamowicie miękkie, puszyste (ale nie spuszone), sypkie, po prostu jak włosy u dziecka!
- minusem jest to, że są lekkie i niedociążone, latają na wszystkie strony, ale u siebie nie zauważyłam elektryzowania się, chociaż mnie się ono raczej nie zdarza
- niska cena produktu (dla mnie to ważny czynnik :P )
- kosmetyk z pewnością nie dla osób unikających "oblepiaczy"


Z rozpędu kupiłam sprej termoochronny tej samej firmy, ale nie działa on już tak dobrze i bardzo męczy mnie jego zapach :( A odżywkę jedwabną zamierzam sobie kupić, bo dla mnie jest po prostu rewelacyjna. Moja siostra ma bardzo podobne odczucia, chociaż jej włosy są zupełnie inne, niż moje. Poza sprejem termoochronnym kupiłam również opisywaną już jakiś czas temu odżywkę Garnier Fructis Volume Restructure i sprej dodający włosom objętości firmy Marion.



Skład Jedwabnej Kuracji Marion:
Aqua, Trimethylsilylamodimethicone (and) C11-15 Pareth-5 (and) C-11-15 Pareth-9, Glycerin, Polyquaternium-22, Propylene Glycol, Cetrimonium Chloride, Peg-12 Dimethicone, Coceth-7 (and) PPG-1- PEG-9 Lauryl Glycol Ether (and) PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Hydrolyzed Silk, Panthenol, Parfum, Tetrasodium EDTA, Citric Acid, Triethanolamine, Phenoxyethanol (and) Ethylhexylglicerin, Methylisothiazolinone
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...